Felietony

Edyta i jej punkt widzenia: Białoruś

Pewien ksiądz na katechezie zapytany przez ucznia o to, czego się najbardziej boi, odpowiedział, że najbardziej przeraża go, że nie rozpozna Jezusa, który ponownie ma wrócić na Ziemię. Jezusa, który był uchodźcą. Jezusa, który pochodził z biednej rodziny i który w swoich kazaniach łamał obowiązujący ład.

Na lekcji polskiego w liceum wszyscy zarzekaliśmy się, że gdyby to nam przyszło ukrywać Żydów, zrobilibyśmy to. Bez wahania. Że za komuny nie zdradzilibyśmy Polski, sąsiada, szefa za poczucie bezpieczeństwa.

Płakaliśmy czytając ,,Warkoczyk” Różewicza. Płakaliśmy na wycieczce (WYCIECZCE!) do Auschwitz. Płakaliśmy, kiedy media obiegły zdjęcia martwego chłopczyka, które fale wyrzuciły na brzeg jednej z greckich wysp.

To było dawno… To było daleko.

A przecież wiemy o sobie tyle, ile nas sprawdzono.

Białoruś. To jest blisko, to dzieje się teraz.

Siedzimy przy suto zastawionym stole. Wśród bliskich. Rozmowy toczą się swoim rytmem. Gdzie na wakacje, że szybko się zimno zrobiło, że w pracy ciężko, że benzyna drożeje, że sytuacja na granicy z Białorusią trudna i przydałoby się jednak dopuścić Czerwony Krzyż, że facebook nie działał przez kilka godzin, że ciocia Marysia kupiła żakiet.

Spokojni kładziemy się do łóżek. Wtulamy się do białych poszew. Białych od wybielacza i sztywnych od krochmalu jak nasze sumienie.

Co możemy? Nakarmiliśmy wnętrze pustymi słowami, które uleciały i rozbiły się jak bańki mydlane, po których nie ma śladu.

Boję się, najbardziej się boję, że zapomnę, że w drugim człowieku jest człowiek.

Podobne artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
Close