RozmaitościSport

Paweł Jędrzejczyk: Walka? Tylko na moich warunkach

Paweł „Wergi” Jędrzejczyk – mistrz świata muay thai – na nadchodzący rok ma ambitne plany. Nadal zamierza rozwijać swój gym, chce być aktywnym na rynku deweloperskim i co ciekawe – planuje wydać książkę. Z wrocławskim wojownikiem porozmawialiśmy o wspomnianych projektach, pamiętnym pojedynku na Rajadamnern w Bangkoku oraz o możliwości powrotu do ringu.

Ostatnio na swoim profilu w mediach społecznościowych zapytałeś fanów, czy chcieliby przeczytać historię twojego życia. Reakcje były bardzo pozytywne, zatem będziesz wydawał biografię? I po co ci ona?
PAWEŁ JĘDRZEJCZYK: –
Na pewno nie z dwóch powodów – pieniędzy i estymy. Jestem właścicielem firmy deweloperskiej, planuję kolejne inwestycje na rynku nieruchomości, do tego prowadzę szkołę sztuk walki, a także czuję się spełnionym sportowcem. Nie wielkim mistrzem, co chciałbym podkreślić, bo uważam, że jeśli ktoś czuje się wielkim mistrzem, to przestaje nim być. Myślę sobie nawet, że część dochodu ze sprzedaży książki przekażę na cele charytatywne. Chciałbym poprzez książkę pokazać – w szczególności młodym ludziom – historię normalnego chłopaka, który determinacją, uporem i wielką miłością do sportu osiągnął wiele. Jasne, nie jestem tak rozpoznawalny jak choćby Joanna Jędrzejczyk, czy równie utytułowany jak ona, ale w historii muay thai na pewno się zapisałem. To nie tylko moja opinia, ale przede wszystkim ludzi, którzy się znają na sportach walki. Książka nie ma być pomnikiem mojej osoby. Bardziej drogowskazem okraszonym ciekawymi historiami. Poza tym moje wątpliwości, co do sensu jej powstania rozwiał Paweł Kościółek – wieloletni dziennikarz sportowy z Wrocławia, który już jedną książkę napisał. Przekonał mnie, że warto – użył argumentów, które do mnie trafiły – czyli konieczności spisania historii chłopaka, który wygrał walkę o własne marzenia mimo przeciwności losu. Przekazu, że skoro ja mogłem, to każdy może. Przecież zacząłem trenować dopiero w wieku 20 lat i zostałem zawodowym mistrzem świata. A ludzie z boku mówili mi – to nie ma sensu, jesteś za stary!

Długo się zastanawiałeś nad tym pomysłem?
– Tak, dlatego zapytałem ludzi. Uważam, że dotarliśmy do niebezpiecznego momentu, gdzie w rolę celebrytów i opiniotwórczych ekspertów wcielają się osoby o wątpliwej reputacji. Często pseudo sportowcy, którym bardziej zależy na lajkach i liczbie komentarzy, niż na wartościowym przekazie. Nie chcę żeby zabrzmiało to nieskromnie, ale ja wiem, co chcę opowiedzieć i uważam, że mam moralne prawo do wartościowego przekazu. Bez pajacowania.

Każdy wybiera przekaz, jaki chce. Masz problem z freakowymi federacjami, czy patocelebrytami wchodzącymi do ringu?
– Nie chcę być hipokrytą, bo sam przygotowywałem Piotra Piechowiaka do walki na Fame MMA. Tyle, że ja uważam go za sportowca. Kulturystę, który u mnie w klatce zostawił kawał zdrowia. W ogóle nie mam nic przeciwko ludziom, którzy chcą zmienić swoje życie za pośrednictwem sportu. Problem pojawia się, gdy w grę wchodzą jedynie pieniądze i chęć zdobycia atencji. Promowanie kobiety, która przespała się z całym zespołem, czy faceta, którego główny osiągnięciem było „puszczenie pawia” podczas wywiadu. To jest słabe.

A ty mógłbyś zawalczyć podczas takiej gali?
Tak, ale na swoich warunkach i za odpowiednie pieniądze – po to tyle lat trenowałem i dostałem się do najlepszej federacji kick boxingu na świecie – Glory, żeby dziś być traktowanym poważnie.


Zatem hipotetyczna sytuacja. Przychodzi federacja, która oferuje ci kilkaset tysięcy złotych za walkę. Wchodzisz w to?
Tylko jeśli taka walka miałaby sens. Tylko jeśli byłby w niej wymiar sportowy – mówię choćby o konfrontacji z Nicolaasem Holzkenem – mistrzem świata Glory. Wielki sportowiec. Prawdziwy wojownik. Bójka z Józkiem spod sklepu mnie nie interesuje. Nigdy nie przegrałem przed czasem, rywalizowałem z najlepszymi i nie chciałbym dzisiaj rozmieniać się na drobne. No i bez konieczności obrzucania się „gównem” podczas konferencji. W takim cyrku nie chciałbym brać udziału.

Czyli marne szanse…
– Nic na siłę. Chcę tylko podkreślić, nie mam nic do wspomnianych federacji, irytuję mnie tylko pewne postawy i zachowania.

A jesteś przygotowany fizycznie do pojedynku?
– Jestem w gazie. Potrzebowałbym trzech miesięcy na solidny trening. Mam sztab, mam warunki i głowę, która jest moją najmocniejszą stroną. Gdybym dostał odpowiednie środki finansowe na przygotowanie, to w ringu kibice zobaczyliby mnie w bardzo dobrej formie.

Zacząłeś treningi późno jako senior. Myślałeś w ogóle o zdobyciu mistrzostwa świata?
– Dajcie spokój. Na początku trenowałem dwa razy w tygodniu, żeby uzupełnić zajęcia na siłowni. Przez pierwsze cztery lata traktowałem to jako urozmaicenie codziennych aktywności. To tak, jakbyś ty przyszedł do mnie na zajęcia żeby zrzucić parę kilo lub poprawić kondycję. Nic więcej się za tym nie kryło, nie myślałem o żadnych tytułach.

To kiedy zacząłeś o nich myśleć?
– No to mała retrospekcja. Miesiąc przed ukończeniem 24 roku życia stoczyłem swoją pierwszą walkę w Krakowie na Turnieju Pierwszego Kroku. Pamiętam tylko, że mój rywal miał na imię Adrian i bił się przeciętnie. Umierałem z nim w ringu – ledwo przetrwałem 3 rundy po 2 minuty. Ale wygrałem. Technicznie byłem tragiczny. Dramatyczny. Po werdykcie podszedłem do mojego rywala i zapytałem: – ile ty masz lat? Odpowiedział, że 17, a ja wtedy pomyślałem: – „Ja p…, takiemu juniorowi ledwo dałem radę. Kto wtedy miał prawo zakładać, że ja będę choćby najlepszy w Polsce, nie mówiąc o świecie. Zawziąłem się, zacząłem jeszcze mocniej trenować. Najpierw mentalnie musiałem pokonać sam siebie, żeby zrozumieć, że mogę wygrać z każdym innym.

I zacząłeś…
– Spokojnie, nie od razu, chcę wam pokazać, jak trudna i wyboista jest droga na szczyt. Sam dzisiaj jestem trenerem i jak przychodzi do mnie młody zawodnik i mówi, że będzie mistrzem świata, to już wiem, że na 99 procent nie będzie. Tytuł i sukces to korelacja treningu, poświęcenia i życia codziennego. Ono nie czeka na ciebie. Miałem szkołę, pracę, rodzinę i musiałem to wszystko pogodzić. Po wspomnianej walce stoczyłem szybko kilka kolejnych i je wygrałem. Pojawiły się pierwsze tytuły mistrza Polski amatorów przyznane przez Stowarzyszenie Muay Thai w Polsce i Związek Kick Boxingu, co zaowocowało powołaniem do kadry Polski trenera Tomasza Skrzypka.

To był przełomowy moment?
– Tak, bo na rozkładówce zacząłem mieć poważne nazwiska i w 2006 roku sięgnąłem po zawodowe mistrzostwo Polski. Apetyt rósł w miarę jedzenia. Kadrę przejął Andrzej Śliwa i zaproponował mi udział w Pucharze Świata. Myślę sobie, – „k.., jaki Puchar Świata, gdzie ja się tam nadaję?” Przyjechałem ze srebrem, tocząc wyrównane walki z bardzo dobrymi zawodnikami. Wtedy pomyślałem, że mogę wszystko i… znów zderzyłem się z rzeczywistością. Pojechałem do Tajlandii – ojczyzny boksu tajskiego – skonfrontować umiejętności z miejscowymi wojownikami i okazało się, że zamiatają mną ring emeryci, popijając w przerwie między rundami whisky. A ja byłem w szczycie formy. Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że za moment wystąpię na Rajadamnern i Lumpini, umarłbym ze śmiechu.

Ale wystąpiłeś. Ten pojedynek na Rajadamnem był chyba dla ciebie epicki?
– Dokładnie. To był 2012 rok. 16 września. Na historyczny obiekt przyjechałem z żoną skuterem, który wynająłem od lokalnego przedsiębiorcy. Notabene przebywaliśmy w Bangkoku w ramach podróży poślubnej. Wszedłem do pomieszczenia, gdzie rozgrzewało się dwudziestu „chłopa”. Przyszedł sędzia, sprawdził tejpy na pięściach i zaprosił przed ring do pierwszego rzędu żebym czekał na swoją kolej. Zanim się tam wybrałem, musiałem doświadczyć aktu smarowania olejkiem rozgrzewający, – taki jest tam rytuał, mega rozgrzewa ci ciało, ale nie możesz protestować. Usiadłem w końcu na wyznaczonym miejscu i zacząłem oglądać pojedynek, który właśnie się odbywał. Wszędzie tryska krew, zawodnicy nokautowali się nawzajem, a mój rywal siedział obok mnie tak blisko, że słyszałem bicie jego serca. Pomyślałem tylko: „po co mi to wszystko? Przecież mogłem teraz siedzieć pod palmami, pić drinka i się dobrze bawić. A ja od dwóch tygodniu w pocie czoła trenuję, nogi mam spuchnięte od sparingów z jakimiś osiłkami, a zaraz mogę dostać oklep w świątyni boksu tajskiego na oczach ich kraju. Galę transmitowała telewizja.”
Wszedłem do ringu, usłyszałem gong i zaczęliśmy bójkę – mój rywal miał tak silne kopnięcia, że za każdym razem musiałem robić krok lub dwa w tył, żeby nie stracić równowagi. Zaczęła się gra. Teatr. Nie mogłem pokazać, że jego ciosy robią na mnie wrażenia, bo byłoby po mnie. Tajowie zawsze „śpią” w pierwszej rundzie, więc w pewnym momencie ruszyłem z impetem na niego. Uderzyłem go potężnym prawym krzyżowym, posyłając na liny i wtedy zacząłem bezlitośnie okładać, poczułem krew i chciałem go wykończyć. W kontrze otrzymałem cios łokciem w czoło i zalałem się krwią, a sędzia automatycznie przerwał pojedynek. Pomyślałem – „chce go uratować. Przecież ja zaraz posłałbym go na deski”. Fakty są jednak takie, że musiał przerwać walkę, żeby zobaczył mnie lekarz. Ten zatamował mi krew i pozwolił walczyć dalej, ale ja wiedziałem, że albo gościa znokautuję, albo odnowi mi się kontuzja i zejdę z ringu jako pokonany. No to go znokautowałem!

Jakie to uczucie? Wygrać?

– Tego uczucia nie da się opisać. Kiedy wygrywasz, nie ma znaczenia, jak bardzo jesteś połamany, nie ma znaczenia ból. Jesteś zwycięzcą i tyle. To właśnie smak wygranej – działa jak narkotyk! Czasem mówiłem sobie ,,to będzie ostatnia walka, to jest ostatni raz”, a potem budziłem się rano i szedłem na trening.

Rozmawiali P&E

Podobne artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Sprawdź też

Close
Back to top button
Close