Pączki z chałwą i inne perełki gminy Jordanów Śl.

Odwiedziliśmy wójta Jordanowa Śląskiego, by porozmawiać o jego gminie – inwestycjach, nastrojach społecznych, strategii rozwoju. Młody samorządowiec ma ambitne plany, ale co najważniejsze, zależy mu na stabilnym i zrównoważonym rozwoju. Paweł Filipczak opowiedział nam o priorytetowych inwestycjach, atrakcjach gminy, miłości do futbolu i największym wyzwaniu na ten rok.
Jest pan rodowitym jordanowianinem, więc zna pan niemal każdy zakątek swojej gminy. Czy to był główny powód wyboru Pana na stanowisko wójta?
PAWEŁ FILIPCZAK: – To bardziej pytanie do wyborców, natomiast faktem jest, że gmina Jordanów Śląski to mój dom i jestem pierwszym wójtem, który się tutaj urodził, wychował i mieszka. Być może fakt ten miał również wpływ na wynik wyborów, natomiast ja od wielu lat kojarzony jestem z działalnością społeczną. Stowarzyszenia, kluby sportowe, to z nimi współpracowałem przez wiele lat. Zainicjowałem wiele projektów, które funkcjonują do dzisiaj, no i praca nauczyciela w lokalnej szkole sprawiły, że ludzie mnie znali. Dodatkowo wiedzieli z jakim zaangażowaniem podchodzę do codziennych obowiązków. Jeśli dodam, że byłem w przeszłości radnym gminnym oraz powiatowym, można założyć, że zapracowałem na publiczne zaufanie.
Wcześniej dwa razy startował Pan na to stanowisko jednak nieskutecznie – nie zniechęciło to Pana?
– „Do trzech razy sztuka”… ale poważnie, sukces osiągają ludzie cierpliwi.

Wspomniał Pan o AWF we Wrocławiu, wiem, że w młodości był Pan dobrze zapowiadającym się piłkarzem, co zatem się stało, że nie został Pan zawodowym sportowcem?
– Po ukończeniu Ogólnokształcącego Liceum Wojskowego we Wrocławiu rozpocząłem studia na AWF-ie, a w międzyczasie grałem w piłkę w lokalnym zespole piłkarskim Nefryt Jordanów Śląski. W pewnym momencie zainteresował się mną klub z Kobierzyc, grający w wyższej lidze, niż nasza, ale do transferu nie doszło. Chyba zabrakło menadżera, który mógłby doprowadzić do tej zmiany.
Grał pan na środku pomocy, czyli można powiedzieć jako rozgrywający, mózg zespołu, lider drużyny. Cechy z boiska pomagają dziś w zarządzaniu gminy?
– Trochę tak, bo po pierwsze trzeba wziąć odpowiedzialność za swój zespół, a po drugie mieć oczy dookoła głowy. Wiedzieć kiedy przyspieszyć grę, a kiedy przejść do defensywy. Trochę jak w prowadzeniu samorządu.
(Wójt przerywa wywiad i częstuje nas pączkami z lokalnej pączkarni).
– Proszę spróbować tych z chałwą, obłędne, zresztą na terenie gminy mamy kilka takich perełek – młyn z wieloletnią tradycją, czy winiarnię, przy okazji pokażę panom film promocyjny.
Da się u Pana wyczuć naturalne przywiązanie do gminy. Dużo Pan o niej opowiada, w szczególności o walorach turystycznych. Chyba jednak wasza gospodarka nie bazuje na tym obszarze?
– To prawda, bo choć jedną z naszych perełek jest Zalew Jordanowski. To duży zbiornik retencyjny (powierzchnia ok. 12 ha), przylegający do koryta rzeki Ślęzy. Ceniony przez wędkarzy, podlega pod Polski Związek Wędkarski we Wrocławiu. Nie chcemy komercjalizować tego miejsca. Rozmawiam z wójtami i burmistrzami ościennych gmin, Mietkowa czy Sobótki i wiem, że taki zabieg powoduje najazd turystów i zakłócenie intymności lokalnym mieszkańcom. Tego bym nie chciał, bo jordanowianie cenią sobie spokój i autonomię gminnych terenów. Zaraz przy kościele znajduje się miejsce pamięci żołnierzy niemieckich, którzy zginęli podczas I wojny światowej, notabene mieszkańców Jordanowa Śląskiego, dalej kaplica grobowa rodziny Richthofenów z 1903 r. w Piotrówku, czy wieża Bismarcka obok Janówka. Nie da się ukryć, że wiele tu pozostałości po kulturze niemieckiej.


Skoro cenicie sobie jako lokalna społeczność klimat waszych sołectw, to czy jako samorząd macie uporządkowany Miejscowy Plan Zagospodarowania Przestrzennego?
– W tej kwestii jest jeszcze wiele do zrobienia. W chwili obecnej poprawiamy wcześniejsze błędy, na które natknęliśmy się podczas analizy studium z inwestorami czy mieszkańcami. Zależy nam, żeby ich interpretacja projektów była harmonijna z naszym klimatem. Dotyczy to również inwestycji komercyjnych – nie chcemy na terenie gminy działalności uciążliwych, czy mających negatywne oddziaływanie na środowisko. Obecnie rekultywujemy wszystkie tereny zdegradowane. Nie jest to przyjemne, ale konieczne. Myślę, że kiedyś nasze dzieci nam za to podziękują. Zwiększył się przez to ruch samochodów ciężarowych i jest to uciążliwe, ale liczę na wyrozumiałość.
Jedną z naszych perełek jest Zalew Jordanowski przylegający do koryta rzeki Ślęzy. Nie chcemy komercjalizować tego miejsca. Rozmawiam z wójtami i burmistrzami ościennych gmin i wiem, że taki zabieg powoduje najazd turystów i zakłócenie intymności lokalnym mieszkańcom. Tego bym nie chciał, bo jordanowianie cenią sobie spokój i autonomię gminnych terenów.
Paweł Filipczak, WÓJT Jordanowa Śl.
Skoro turystyka nie będzie waszym głównym źródłem dochodu, to można założyć, że właśnie kapitał zewnętrzny ma wypełnić budżet gminy?
– Taki jest plan, ale podkreślę, że tylko w oparciu o korzystne warunki dla otoczenia. Ubolewam, że nie ukończono jeszcze trasy S8, gdyż wielu inwestorów właśnie z tego powodu nie wybiera naszej lokalizacji. Nie chcemy tu jednak dymiących kominów, nastawiamy się na hale przeładunkowe i logistyczne. Poza tym należy pamiętać, że nie dysponujemy siecią gazową, a wodociągi wymagają modernizacji, co powoduje, że większy przemysł nie ma możliwości egzystencji u nas. Ja z kolei nie mogę doprowadzić do sytuacji, w której duży inwestor będzie korzystał z wody, kosztem mieszkańców.
Przebudowa drogi Mleczna-Pożarzyce oraz docieplenie szkoły w Jordanowie to chyba najważniejsze inwestycje w ostatnich czasach?
– Termomodernizacja budynku szkoły podstawowej to pierwszy z naszych projektów, dzięki któremu osiągniemy proekologiczne rezultaty. Skorzystał już nawet urząd gminy, w którym zainstalowano pompy ciepła. W ciągu trzech lat tej kadencji wybudowaliśmy chodniki w miejscowościach: Pożarzyce, Popowice, Wilczkowice, Jordanów Śląski, w ramach projektu Bezpieczna Droga do szkoły współfinansowanym z budżetu powiatu wrocławskiego. Zrobiliśmy drogi dojazdowe do pól dla rolników w Janówku, Jezierzycach Wielkich i Mlecznej częściowo ze środków Urzędu Marszałkowskiego. Nowego wyglądu nabrało boisko piłkarskie w Wilczkowicach oraz remiza strażacka w Jordanowie Śląskim. Przed nami kolejne wyzwania i proszę mi wierzyć, że jest ich sporo.
Odczuliście już skutki podwyżek cen gazu i prądu, a także zmian związanych z Polskim Ładem?
– Na szczęście nie mamy gazu więc to nas ominęło, natomiast ceny prądu już bardziej. Z analizy wynika, że będziemy mieli niższe dochody z tytułu rozliczeń PIT, czy CIT. Może to być w skali roku około kilkudziesięciu tysięcy złotych, niby nie dużo, ale dla nas liczy się każda złotówka.
To widać choćby po działaniach kulturalno-rozrywkowych, bo choć nie macie do tego stworzonej osobnej komórki, dużo się u was dzieje.
– Dziękuję, że to widzicie, jako mieszkańcy spoza gminy. Trudno jest w obecnej sytuacji powołać GOK, ponieważ to dodatkowe koszty. Mimo to radzimy sobie na tym polu bardzo dobrze. Dopiero zakończyliśmy działania w ramach WOŚP, cały rok mieszkańcy organizują akcje prospołeczne. Odbywają się w naszej gminie dożynki, festyny, imprezy sportowe i integracyjne. Pomagają nam stowarzyszenia, KGW, ksiądz proboszcz, kluby sportowe czy lokalni społecznicy.
Na koniec. Jakie największe wyzwanie czeka pana w najbliższych 12 miesiącach?
– Chciałbym w końcu skompletować zespół pracowników w urzędzie tak, aby praca przebiegała jeszcze sprawniej. Oprócz braku pracowników zmierzymy się z brakiem środków po stronie dochodów bieżących, mimo to z optymizmem patrzę w przyszłość.


