Dziakowicz: mamy chęć gry “do przodu”

Paweł Dziakowicz – trener Śląska Wrocław do lat 15 – nie tak dawno ze swoim zespołem zdobył mistrzostwo Polski. Opowiedział nam o emocjach związanych z finałem, najtrudniejszym meczu i minionym sezonie.
Na wstępie gratuluję wygranej w rozgrywkach, niesamowity finał i przekonujące zwycięstwo. Spodziewaliście się takiego sezonu?
PAWEŁ DZIAKOWICZ: – Wierzyliśmy w to od samego początku. Przed sezonem z całym sztabem szkoleniowym przeprowadziliśmy rozmowy indywidualne z każdym z zawodników i zapytaliśmy o cel – niemal wszyscy – 18 zawodników na 19 – odpowiedzieli zgodnie – mistrzostwo Polski. W zimie powtórzyliśmy ankietę i nikt już nie miał wątpliwości, że możemy zdobyć złoto. To pokazuje jak dużą wiarę mieliśmy w ostateczny sukces.
Zanim porozmawiamy o samym finale, chciałem cię zapytać o projekt Centralnej Ligi Juniorów. Czy te rozgrywki spełniają swoją rolę w kwestii poziomu rywalizacji?
– Zdecydowanie. Uważam, że rozwój każdej drużyny możliwy jest w przypadku konfrontacji umiejętności z najlepszymi w kraju, a ta liga to zapewnia. Mogę bez wątpienia powiedzieć, że ta rywalizacja nas z każdym tygodniem napędzała. Nie potrzebowaliśmy specjalnie dodatkowej motywacji do meczów – wystarczył fakt, że gramy o punkty z silnymi przeciwnikami i na ich tle weryfikujemy codzienną pracę na treningach.
Chciałbyś kogoś szczególnie wyróżnić za ten sezon?
– Nie. Naszą siłą był cały zespół, więc mogę powiedzieć, że mieliśmy wielu bohaterów. Raz był to napastnik, innym razem ktoś z formacji pomocy, czy obrony, a czasami kapitalnie zachował się bramkarz. Dla mnie najistotniejszy jest fakt, że gdy jeden z zawodników miał słabszy moment, inny potrafił go zastąpić – tworzyliśmy naprawdę zwarty monolit.
Graliście dość ofensywnie, na co wskazują statystyki, to ważne w piłce młodzieżowej…
– Mieliśmy zdobytych najwięcej bramek, co potwierdza naszą chęć gry „do przodu”. Cieszy mnie również niewielka liczba straconych, bo jest potwierdzeniem balansu gry w obu formacjach. Wiele spotkań wygrywaliśmy wysoko, nie zadowalając się przewagą dwóch, czy trzech bramek. To świadczy o pewnego rodzaju głodzie, który charakteryzował ten zespół i pragnieniu gry do samego końca. To był jeden z naszych znaków rozpoznawczych. Charakter – nie ściągaliśmy nogi z gazu, staraliśmy się cały czas utrzymywać koncentrację.
Mecze, które najbardziej zapamiętacie?
– Rywalizacja ze Stalą Rzeszów. Emocje sięgały zenitu. Otoczka była też wyjątkowa. Szczególnie drugi mecz. Wiedzieliśmy, że musimy go wygrać, bo kolejnej szansy już nie będzie. W szatni przypomniałem zawodnikom, że tutaj nie ma już kalkulacji – albo wyjdziemy zwycięsko z tej potyczki, albo będziemy musieli marzenia o mistrzostwie przełożyć na później. Na całe szczęście do końca zachowaliśmy zimną krew i w dość dramatycznych okolicznościach wygraliśmy. Przypomnę, że zadecydowała dziesiąta seria rzutów karnych.
A sam finał?
– Też był wyjątkowy pod wieloma względami. W szczególności wszystko to, co działo się wokół samego meczu – nie na co dzień spotyka się uznanych trenerów, działaczy, przedstawicieli Polskiego Związku Piłki nożnej. Do tego cały branding. To była namiastka wielkiego futbolu. Zapamiętamy tę chwilę na długo.
Rozmawiał
Paweł Kościółek