Felietony

Myśli nieuczesane – żywot człowieka poczciwego.

Piątek to mój ulubiony dzień tygodnia. Piątek, to taki dzień, kiedy nawet w pracy jakoś tak bezduszne zimne światło na klawiaturę komputera przyjemniej pada. Nie na tyle, oczywiście, żeby zostawać chwilę dłużej, coś dokończyć, przeczytać raz jeszcze.

Kiedy wybija godzina „zero”, każdy – mam wrażenie – już spakowany, w uszach słyszy dzwonek z lat młodości ze szkolnych ławek. Nie wypada już oczywiście wybiegać i ścigać się w ,,kto pierwszy do auta”, ale każdy jakby na wrotkach wolności po chwili przekręca już kluczyki w stacyjce. Włącza głośniej radio i oczyma wyobraźni leży w wannie piany z lampką winą szykując się na podbój świata.

Inna zupełnie sprawa jest z sobotą. Sobota to najtrudniejszy dzień w tygodniu. Nie bez powodu Bóg właśnie w sobotę najbardziej się napracował.

W mój sobotni poranek budzik dzwoni za wcześnie. Zawsze. W sobotę, kiedy jeszcze ciemno, kiedy wroga wpuściłabym do domu i dała mu ciepłej herbaty i koc, ja… wychodzę pobiegać. Nie lubię biegać. Naprawdę nie lubię biegać! Nie wierzę w te wszystkie filmy, na których kobiety w pełnym makijażu, bez potu pod pachami biegając całkiem szybko opowiadają sobie dowcipy i śmieją się w głos. Dla mnie to walka o przetrwanie. Walka o każdy oddech. Pokonując kolejne metry próbuje przekierować moje myśli na sprawy ważne jak praca, mąż, czy dzieci. Jak ułożenie sobie harmonogramu dnia. A sobotni harmonogram dnia jest bardzo napięty. Nie oszukujmy się jednak. Ciągle myślę o zawale serca. O tym, że dysze jak lokomotywa (ta ciężka i ogromna Juliana Tuwima). Nerwowo spoglądam na zegarek, który z niewiadomych przyczyn nie zakomunikował mi subtelną wibracją na nadgarstku, że minął pierwszy kilometr. Walczę. Cała sobota to walka. A przez fantastyczny piątkowy wieczór, właśnie trafił na półkę podpisaną ,,szalone wspomnienia kobiety po trzydziestce”. Dlaczego więc biegam? No właśnie dlaczego? Nie będę tutaj rozpisywać się o fizjologii kobiecego ciała, ale przecież nie trzeba być ani matematykiem, ani lekarzem, czy filozofem, żeby wiedzieć, że ciało kobiety po trzydziestce, to nie jest ciało dwudziestolatki.

Kiedy wracam do domu i widzę, że wszyscy jeszcze śpią – z nieskrytą satysfakcją myślę sobie – ,cieniasy”. Włączam muzykę ma full-wiadomo na pierwszy ogień wchodzi ,,Eye of the tiger” , nawet nie zamierzam brać prysznica, bo te kilka kilometrów, to dopiero preludium. Pierwsze dźwięki budzą mojego T. T już wie. Zna mnie na doskonale. Więc nie musi patrzeć mi w oczy, żeby zobaczyć w nich szaleństwo i złość. Nie musi nawet ściszać muzyki, żeby usłyszeć rzucane pod nosem przekleństwa. Krótko po tym, jak zamieszkaliśmy razem zwykł nazywać mnie ,,gorączką sobotniego dnia”. Po latach wspólnego życia i niezliczonych sobotnich awanturach nauczył się (skubany) wynajdować sobie pilne sobotnie zajęcia. I zaraz po śniadaniu znika w garażu, na podwórku, na zakupach.

A ja właśnie, jak Kubica, włączam kolejny bieg na zakręcie. Pralka, którą nastawiłam przed porannym joggigiem (tak lubię myśleć o swojej aktywności fizycznej w ciągu tygodnia) dała znać, że wyprała ,,ciemne”. Za chwilę odezwie się też zmywarka. Cała moja broń, którą będę walczyć przez wiele godzin naszykowana na stole w jadalni. Płyny do szyb, płyny do podłóg, coś do rdzy, coś do kamienia, coś do fug, 3 rodzaje ścierek, dwie gąbki, odkurzacz, parownica, mop. Biorę wdech. Biorę wydech. Jeszcze trzy razy wrzasnę do dzieci, żeby wstawały i już jestem na polu walki, na którym stoczę bitwę jak w ,,300”. Nierówną, skazaną na porażkę. Myję, szorują, poleruję. Pralka z ,,czerwonymi” pracuje razem ze mną, zmywarka zapakowana po brzegi, drugi raz tego dnia również. To tyle, jeśli chodzi o moich kompanów, braci broni.

Na co mi siłownia? Komu jest potrzebny trener osobisty? Kiedy ja kolejny raz schylam się do podłogi. Przyznać się wam jednak muszę do pewnej zmiany, która nastąpiła we mnie po przeczytaniu bestselleru i krajowego hitu książkowego. ,,Czuła przewodniczka” Natalii de Barbaro. Nie czytałaś? Musisz! Koniecznie! Zmieni Twój światopogląd! Przewartościujesz swoje życie. Prawda. Przeczytałam. Zrozumiałam, że powinnam robić w życiu tylko to, co chce i na co mam ochotę. Mam ochotę mieć czysto w domu. Sobotnie porządki więc stały się czystą przyjemnością, drogą do uzyskania upragnionego celu. Teraz, kiedy szoruję białe fugi w łazience kolejnym proszkiem, który nie chce jednak współpracować wcale nie przeklinam na siebie sprzed lat, kiedy fachowiec ostrzegał mnie przed tą zbrodnią, a ja z uśmiechem odpowiedziałam, że spokojnie, że ja nie dopuszczę, żeby fugi w łazience przestały być śnieżnobiałe.

A czas biegnie. Zaraz będzie pora obiadowa. A ja nawet nie zaczęłam gotować. Biegam jak szalona góra-dół, dół-góra pilnując żeby mięso dla domowników się nie przypaliło. Krokomierz zwariował. Nie ma 13:00, a ja zrobiłam więcej kroków, niż przez cały roboczy tydzień. Wraca mój T z hipermarketu. ,,Kolejki” – rzuca i po chwili dodaje na wszelki wypadek ,,nie było nigdzie masła, aż w trzech sklepach byłem”. On nie wie, że czytałam biblię każdej szanującej się kobiety i teraz sobotnie porządki, to czysta przyjemność. Polerując lustro w łazience uwalone od pasty do zębów przypominam sobie, że przecież obiecywałam sobie, że regularnie będę nakładać maseczki na twarz. Przecież nie trzeba być filozofem, żeby nie widzieć różnicy między trzydziesto, a dwudziestolatką. Dobra zaszaleję. To jeszcze jakiś olejek na włosy. Dumna z siebie, że jestem tak zajebiście zorganizowana, przeglądam się w lustrze bez smug. Dzwonek. ,,Mamo do Ciebie” . Serio? Teraz? Sąsiadka. Uffff. Nie wygląda lepiej, jak ja. Wymieniamy spojrzenia, jesteśmy po tej samej stronie barykady.

Po zakończeniu mycia podłóg, kiedy się ściemnia jestem dumna z siebie. Z satysfakcją przechadzam się jak król po pokojach sprawdzić jak inspekcja, czy na pewno nic nie pominęłam. Nic. Czysto. Błogo. Już mam siadać na kanapę, już łapię za pilot, żeby włączyć netflixa, kiedy przypominam sobie o prasowaniu. I właśnie wtedy odzywa się we mnie ,,moja wewnętrzna dziewczynka z ,,Czułej Przewodniczki”. No dobra, nie taka znowu dziewczynka, tylko zbuntowana nastolatka, której nie mam zamiaru przeszkadzać. ,,Polej mi wina Kochanie” mówi do mojego T.




Podobne artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
Close